O tym, jakie wyobrażenie ma rząd o rynku pracy świadczy obśmiewany przez wszystkich projekt nowego kodeksu pracy. Powstał on w komisji kodyfikacyjnej, a rząd na razie nie zdecydował się na jego dalsze procedowanie. Ale duch podobnie absurdalnych rozwiązań nadal unosi się nad kolejnymi projektami ustaw.

W ministerstwie pracy np. powstaje projekt ustawy o rynku pracy, który ma przekształcić skostniały system pomocy bezrobotnym w dynamiczną instytucję dostosowaną do obecnych wymogów rynku.

Niewątpliwie, ten projekt to kolejny przykład dziwnych inklinacji  ustawodawcy. Składa się on aż z 488 artykułów zajmujących 200 stron. Konia z rzędem każdemu, kto zdoła się przez ten słowotok przedrzeć. Dla porównania, obecnie obowiązująca ustawa o promocji zatrudnienia składa się ze 152 artykułów.

Jeden z nowych przepisów jest łudząco podobny do rozwiązania, które było wielokrotnie obśmiewane w nowym kodeksie pracy. Napisano tam, że pracodawca ma obowiązek przedstawić zwalnianemu pracownikowi nową ofertę pracy. Teraz urząd pracy będzie musiał przedstawić propozycję pracy bezrobotnemu.

Art. 64: „Bezrobotnemu do 30 roku życia powiatowy urząd pracy w okresie do 4 miesięcy od dnia rejestracji powinien przedstawić propozycję pracy albo innej formy pomocy określonej w ustawie”.

Tu kluczowym słowem jest powinien”, różnica między powinnością a obowiązkiem jest oczywista. Czyż to rozwiązanie nie wpisuje się idealnie w linię programową obecnego rządu? Bezrobotny nie będzie musiał szukać pracy, bo będą musieli to zrobić urzędnicy pośredniaka.

Wychodzi więc na to, że obywatel dostanie pieniądze, możliwe, że  dostanie również mieszkanie, a teraz jeszcze rząd rękami urzędników z pośredniaków da mu pracę. Ci natomiast będą się miotali niczym myszy na aksamicie, żeby podołać tym wymaganiom ustawy i znaleźć pracę dla kogoś, kto wcale nie chce pracować.