28 kwietnia 2019 roku zmarła iławianka Irena Masica. Od lat aktywnie uczestniczyła w życiu miasta i powiatu. Byłą wieloletnim sekretarzem Oddziału Związku Inwalidów Wojennych RP w Iławie. Nie wszyscy z pewnością wiedzą, jak trudne miała dzieciństwo. Jako dziecko przebywała w obozie koncentracyjnym. Obozowe wspomnienia pani Ireny zostały spisane…

źródło: tekst i zdjęcia - powiat-ilawski.pl

28 kwietnia 2019 roku zmarła iławianka Irena Masica. Od lat aktywnie uczestniczyła w życiu miasta i powiatu. Byłą wieloletnim sekretarzem Oddziału Związku Inwalidów Wojennych RP w Iławie. Nie wszyscy z pewnością wiedzą, jak trudne miała dzieciństwo. Jako dziecko przebywała w obozie koncentracyjnym. Obozowe wspomnienia pani Ireny zostały spisane…

– Moja mama pochodziła z pokolenia „Dzieci Wojny”, czyli osoby pozbawionej dzieciństwa,  wiek dziecięcy spędziła w obozie koncentracyjnym w Potulicach, przez całe życie opowiadała mi o okropnościach  wojny – mówi Andrzej Masica syn p. Ireny. – Przerażające jest to, że „to ludzie ludziom zgotowali ten los”. Mama przez wiele lat udzielała się w organizacjach związanych z martyrologią polskiego narodu. Kilka dni przed śmiercią poprosiła, żeby spełnić jej marzenie, poprosiła mnie i swojego prawnuka trzynastoletniego Mateusza, który ze względu na przeżycia prababci interesuje się okresem II Wojny Światowej, żebyśmy pojechali w jej imieniu na obchody wyzwolenia obozu w Potulicach. Jak mama była zdrowa to corocznie brała udział w tym święcie zarówno w Potulicach jak i w podobozie w Smukale. Dzięki uprzejmości p. Karola Jacuńskiego i Eugeniusza Dembińskiegoudaliśmy się w to miejsce wraz z delegacją. Uroczystość była znamienita, była Kompania Honorowa WP, salwy honorowe, występy dzieci i młodzieży ze szkoły im. Dzieci Wojny w Potulicach, była obecność samorządowców, przedstawicieli władz województwa. Mama czekała na nasz powrót,  była szczęśliwa jak zdawaliśmy Jej relację z wizyty w miejscu kaźni.  Obiecałem Mamie, że za rok całą rodziną złożymy w Jej imieniu wiązankę kwiatów. W kilka godzin po naszym powrocie Mama zmarła…

       W tym miejscu chciałbym serdecznie podziękować wydawcy miesięcznika za opublikowanie przeżyć i wspomnień dziecka, które w wieku 6 lat znalazło się bez rodziców i opieki w nowej tragicznej rzeczywistości, w hitlerowskim obozie koncentracyjnym gdzie śmierć i cierpienie były na porządku dziennym. Coraz mniej jest świadków wojennej historii i należy ich przeżycia i wspomnienia publikować aby „ocalić od zapomnienia”. Młode pokolenia coraz mniej wiedzą o tych mrocznych czasach.

IRENA MASICA Z DOMU CHERKOWSKA. WSPOMNIENIA OBOZOWE

Rok 1941 – zimny listopadowy wieczór. Ja mam 6 lat, brat Mieczysław o 3 lata starszy, siostra Władysława 17 lat i Rodzice. Mieliśmy gospodarstwo rolne  we wsi Krzemieniewo w powiecie Nowe Miasto. Ojciec był nagabywany – chcieli żeby podpisał folkslistę. Odmówił. „Jestem Polakiem i pozostanę nim” – mawiał. Było realne zagrożenie, że nie zostawią nas w spokoju…

Był dzień 18 listopada tego samego roku (1941), spaliśmy. Nagle obudziły nas głośne krzyki, obce nawoływania do pośpiechu. Mam nas budzi – trzeba wstawać, ubierać się szybko, bo SS-mani ponaglają. Można zabrać jedynie najpotrzebniejsze rzeczy. Dwaj oficerowie SS  pilnują, zwracają uwagę, co zabieramy, trzeci  mundurowy w drzwiach. My bardzo wystraszeni, wszystko leci z rąk, trzeba się spieszyć, obce krzyki  i nawoływania wzbudzają trwogę.

Przygotowana furmanka czekała przed domem, woźnica był sąsiad, którego do tego zajęcia przymusili Niemcy. Miał polecenie dowieźć nas do Nowego Miasta na dworzec kolejowy , następnie pociągiem pojechaliśmy do Nakła, a dalej upchniętych w ciężarówce  dowieziono nas do Potulic. Wydzielono nam kawałek barłogu w dużej sali na parterze zamku potulickiego. Ojca skierowano do prac w kamieniołomach a zima tego roku była sroga. Nie wytrzymał, zmarł w kwietniu  1942 roku. Mama pracowała na terenie obozu.

Przybywały nowe transporty i coraz większa ciasnota była. Przetransportowano nas do obozu w Smukale i umieszczono  w starej hali fabrycznej na kawałku barłogu. Warunki były urągające wszelkim normom. Brud, robactwo, brak wody – mycie i pranie odbywało się w rzece Brdzie. Wybuchły epidemie chorób: dur brzuszny, tyfus, zapalenie płuc. Wyżywienie to pół jednej zupy, w zależności  od pory roku, zupy z pokrzyw, komosy, z liści buraków, zmarzłej brukwi. Ziemniak jak się trafił to był czarny, zepsuty. Chleb wydawano na kilka dni a przy pobieraniu już był spleśniały. Tam zmarła moja 18-letnia siostra. Grabarze mieli dużo roboty. Były trzy trumny, w zależności od wzrostu zmarłych. Trumnę ze zwłokami umieszczano w wykopanym dole, po czym wysuwano dno trumny i zwłoki wypadały. Często w trumnie umieszczano kilku zmarłych, trumny wracały te same, były w ciągłym użytku.

Dzieci w obozie zatrudnione były do zbierania gałęzi, latem pokrzyw i komosy. Kapo Afeld pilnował, czy ktoś się nie ociąga. Bił i ponaglał… Komendantem był Steinhof.

W lutym 1943 roku  obóz w Smukale został zlikwidowany. Przetransportowano nas z powrotem do Potulic, do nowo wybudowanych baraków. Mnie z bratem umieszczono w baraku  nr 17, przeznaczonym  dla dzieci bez rodziców, a mamę kierowano do kolejnych gospodarstw rolnych jak Gernheim, Benkenau. Pracowała wtedy w gospodarstwie  oddalonym o ponad 10 km  od obozu. Postanowiła wraz z innymi matkami zobaczyć swoje dzieci choć przez druty. Nie miały przepustek. Była niestety obława i zatrzymano je. Osadzono w karcerze. Karcer to były lochy pod zamkiem, gdzie grasowały szczury i wszelkie robactwo. Wśród krzyku  i jęków osób skazanych na zagładę. Głodne i wycieńczone pracowały przy załadunku i wywiezieniu  kamieni , przy znacznie zmniejszonych porcji żywnościowych.

Najbardziej w pamięci utkwiła mi tzw. noc grozy. Późnym wieczorem gdy trwała cisza nocna, wywołano i zabierano osoby kalekie, upośledzone z tzw. chorobą angielską. Wywieziono je  i nigdy nie dowiedzieliśmy się dokąd i w jaki sposób je stracono.

W sierpniu 1944 roku wobec faktu szybkiego wycofania się frontu wschodniego na zachód, Niemcy postanowili  zwalniać  z obozu dzieci do lat 12. Na tzw. wolności tułaliśmy się z bratem, czasem ktoś nas przygarnął na kilka dni. Dopiero w styczniu 1945 roku dotarliśmy na swoje gospodarstwo w Krzemieniowie – oczywiście było spustoszałe, ale był to nasz DOM. 

Irena Masica

źródło: tekst i zdjęcia - powiat-ilawski.pl